- a slow fashion blog.
poniedziałek, 06 lipca 2009

że coraz trudniej być niemodnym i coraz łatwiej być modnym, że moda stała się oczywista, ale właśnie zorientowałam się, że (przynajmniej innymi słowami) napisałam to w poprzednim wpisie;).

Napiszę więc tylko, że spośród kolekcji resort 2010 debiut/powrót Phoebe Philo dla Celine wydał mi się ciekawy (i to nie tylko dlatego, że chodzi właśnie o debiut/powrót Phoebe Philo:) ale też dlatego, że udało jej się osiągnąć pewną nieoczywistość tej jakże modnej ostatnio minimalistycznej geometrii. "Nieoczywistość" rozumianą jako subtelność myślenia o designie, ale też jako pewne zdystansowanie do tego, co jest (modne) tu i teraz. Sama coraz częściej kieruję się tak rozumianą "dyrektywą nieoczywistości" w swoich wyborach konsumpcyjnych, coraz częściej rezygnuję z pewnych ubrań, sposobów stylizacji, trendów, bo wydają mi się po prostu zbyt oczywiste - nie zostawiają miejsca na kluczowe dla Autoutopii złudzenie, że w swoich ubraniach jestem bardziej sobą, niż modą.



Jednak do pełnego zdystansowania się do wszelkich oczywistości mody brakuje mi jeszcze pewnych złotych butów, myślę o nich od początku wiosny i ciągle nie mogę się zdecydować... A kolekcja Francisco Costy dla Calvina Kleina sprawiła, że już zawsze będzie mi ich brakować w poniższych stylizacjach. Chyba że jednak się zdecyduję...

niedziela, 17 maja 2009

Coraz trudniej znaleźć coś Nowego. Wszystko, co nowe (w sensie: jeszcze przeze mnie z różnych powodów nie wypróbowane) wydaje się być tak mocno osadzone w teraźniejszości, tak mocno wyeksploatowane, że nie mogę nawet marzyć o powiewie Nowości. A w modzie zawsze fascynowało mnie właśnie to poszukiwanie Nowości jako czegoś jeszcze niepewnego, nie do końca odkrytego. Nie chcę nowości, która naznacza; nie chcę jakiegoś najnowszego trendu, który już od swego zarania jest obficie udokumentowany na blogach i zgrabnie wywieszony na wieszakach w Zarze. Gdzieś tu jest granica pomiędzy nowością, która przytłacza, a Nowością, która uskrzydla;).

Jeśli chodzi o tę ostatnią Nowość, muszę napisać o kolekcji Driesa Van Notena na jesień i zimię 2009, która od początku wydała mi swoistym wyzwaniem kolorystycznym. To nie jest kolekcja do zakochania się (przynajmniej w stylizacji z pokazu), połączenia kolorystyczne są nieoczywiste (Nowe?), niepokojące, prawie drażniące nawet -  i nic dziwnego, gdy weźmiemy pod uwagę inspirację.  

 

Mój własny zestaw oczywiście nie może się równać, ale niech przynajmniej stanowi dowód, że spróbowałam czegoś Nowego (i jakże sprawnie wydestylowałam kolory):


wtorek, 24 lutego 2009



Nadmiar topniejącego śniegu na wrocławskich ulicach, więc do tego swetra nosiłam dziś spódnicę i stabilne kozaki na płaskim obcasie (zdjęcie przedstawia zestaw równie minimalistyczny, lecz rażąco nieaktualny). Nadmiar "obiektywnych" informacji, nadmiar "subiektywnych" punktów widzenia, nadmiar zdjęć z pokazów, nadmiar blogów i nadmiar street fashion. Wszystkiego jest coraz więcej i wszystko jest coraz "lepsze", a ja coraz częściej mam ochotę nie czytać, nie patrzeć, nie kupować...  Dopóki nie-czytam (nie-patrzę, nie-kupuję), mogę mieć jeszcze poczucie, że mówię swoim głosem, że w ogóle mówię, bo potem zostaje mi tylko odwieczne pytanie: czy mam coś do dodania? Czy chcę coś dodać? Do tego zestawu - nie. O pokazach - tak, ale następnym razem.

czwartek, 05 lutego 2009

W poprzednim wpisie nie wytłumaczyłam się z tego, dlaczego właściwie ten męski Lanvin tak do mnie przemówił, i czemu po kobiecemu, tym bardziej że przecież sam projektant twierdzi, że kolekcja jest romantyczna, ale nie kobieca.
Chodzi natomiast o to, że od ponad roku przychodzi mi mierzyć się z problemem zwanym dress code, który wolę sobie prywatnie tłumaczyć jako problem elegancji. Oczywiście muszę też przyznać, że mogę go sobie tak prywatnie tłumaczyć, ponieważ nie obowiązują mnie jakieś sztywne reguły, długości, fasony – raczej chodzi o to, żeby ubranie nie stawało na drodze tej nowej profesjonalnej mnie.
No i właśnie ta nowa profesjonalna ja jakoś zupełnie nie odnajduje się w kanonach kobiecej elegancji. Nie marzę też o tej monotonii męskiej mody, która dopiero stopniowo jest przełamywana, myślę raczej o czymś, co chyba z tej wieloletniej monotonii płynie - męski garnitur pełni rolę uniformu nie tylko stanowiąc swego rodzaju profesjonalne przebranie, maskę, ale też w tym sensie, że jest trochę jak bezpieczne schronienie, oswojony, zamieszkany, codzienny… Kobieta w kostiumie jest trochę usztywniona, galowa, wystawiona na pokaz, mężczyzna w garniturze ma po prostu być.
Ja profesjonalnie też chcę po prostu być, stąd moje poszukiwania wizji takiej codziennej, oswojonej, swobodnej (!) elegancji. Kolekcja Lanvin skojarzyła mi się właśnie z tym, ale jest w niej coś jeszcze - takie surowe ciepło, które pojawia się też w (damskich) kolekcjach Driesa Van Notena czy Yohji Yamamoto. To właśnie o nim marzę. 

środa, 28 stycznia 2009

był sobie taki blog, który nazywał się Autoutopia. Potem przez kilka miesięcy blog ten bardziej nie był niż był, a teraz wyłania się na chwilę z tego dziwnego stanu pomiędzy bytem a nie-bytem, żebym mogła napisać, że męska kolekcja Lanvin jest dla mnie wystarczająco kobieca:


^Lanvin na jesień/zimę 2009, zdjęcia z men.style.com, ale (!) the Sartorialist sfotografował Lanvin lepiej

środa, 30 lipca 2008

Zdjęcia Ryana McGinleya (i towarzyszący projektowi I Know Where the Summer Goes zrealizowany przez Sigur Ros we współpracy z McGinleyem teledysk do Gobbledigook) mogą wydawać się tak odległe od mody, jak to tylko możliwe, ale właśnie w tym, że są antytezą tych nieodłącznych dla doświadczenia upalnego lata w mieście zmagań z naturą (i kulturą - bo czasem trudno ocenić z czym właściwie się zmagamy), tkwi ich (auto)utopijny czar.



Zawsze fascynowały mnie takie romantyczne wizje lata jako pory roku, która umożliwia odnalezienie poczucia wolności w bliskości z naturą. Mit wakacji zdaje się tym bardziej mityczny, kiedy spędzam dni stawiając czoła miejskiemu upałowi, czując się odarta z moich ulubionych (ubraniowych - kulturowych) warstw, jakby obnażona w swej cielesności, i raczej przez naturę zniewolona niż od czegoś uwolniona...   


^więcej zdjęć z tego cyklu (i nie tylko) na stronie Ryana McGinleya i tutaj

*a co do antytetyczności mody i naturalnej wolności/nagości: film, który powstał gdy Puma wprowadzała na rynek nową kolekcję Urban Mobility (latem zeszłego roku), czyli romantyczna synteza mody, młodości, nagości i natury
** ciekawa analiza fenomenu McGinleya, którego idylliczne fotografie młodych, pięknych i szczęśliwych (nawet wówczas, gdy nie funkcjonują w jednoznacznie
modnym kontekście) są przecież niebezpiecznie bliskie modzie i jej ulubionym mitom

środa, 09 lipca 2008

Cathy Horyn, Yves of Destruction, NYT, 24.12.2000: "He was intuitive. Journalists have tended to overstate the role of the street in influencing his designs, especially in the early 90's, when his shows lacked vitality. But Saint Laurent's real gift wasn't for adapting a look that was already popular. Rather, it was an imaginative readiness for the farthest particle in the fashion galaxy. He was like the Hubble telescope: he saw things early, distantly, and blew them up big. In 1971, he saw Paloma Picasso in a 40's dress she had found at a flea market. At the time, there was no sign of turbans and wedgies on the horizon, and certainly no nostalgia for a style that still had depressing associations with the war. But based simply on his own farsightedness, he designed an entire collection around the look, including a chiffon dress in jungle camouflage. On the day of the show, sensing hostility from the press, Saint Laurent stocked the audience with his muses, who had on clothes from the collection.
The show was a disaster. ''The things we heard - This collection is for sitting on the bidet,''' recalls de la Falaise, who was watching from the American and British press section. ''After the show, we all ran up to Yves's little office and broke into hysterical laughter. It was so nerve-racking hearing people say such awful things.'' But in a matter of months the collection's influence was everywhere."

Zastanawiam się, jak takie myślenie o modzie (moda ma swój początek wtedy, kiedy projektant [Yves Saint Laurent] - geniusz, artysta - ma odwagę realizować swoją wizję, jakkolwiek odległa by ona nie była od tego, co obserwowalne - od tego co jest) umieścić w perspektywie dominującej współcześnie ideologii coolhuntingu (tutaj punktem wyjścia są konsumenci, a na podstawie tego, kto/co jest [cool], wnioskuje się o tym, co [cool] być powinno).
Modna teraźniejszość wydaje się jakby smutniejsza, bo zredukowana do roli zapowiedzi swojego końca - coraz trudniej w natłoku trendów, które są skończone zanim jeszcze na dobre się zaczęły, dostrzec coś poza (nie tylko masowym) naśladownictwem. Coraz krótszy jest ten fascynujący moment, kiedy trendy "wiszą w powietrzu", kiedy czujemy, że coś się zaraz zmieni, że zaczniemy inaczej widzieć nasze ubrania, ciała, świat, ale ciągle jeszcze nie wiemy nic na pewno... A przecież nigdy spróbowanie jakiegoś nowego fasonu/stylu nie smakuje tak dobrze, jak wtedy, kiedy ciągle jeszcze nie wiadomo, czy on się przyjmie - wtedy jest niepewność, jest ryzyko, jest coś poza grupowym westchnieniem konsumpcyjnej rozkoszy.
Szkoda mi trochę tego momentu, ale przede wszystkim ciekawi mnie: czy moda, jej ulotność i tymczasowość, mogą jeszcze inspirować - tak jak inspirowały np. Saint Laurenta?


*więcej o coolhuntingu: three rules of cool, Malcolm Gladwell: The Coolhunt
**czy to nie byłby dobry moment, żeby po polsku ukazał się "The Beautiful Fall" Alicii Drake? [znaczące spojrzenie w stronę wydawcy "Kolekcji";]

sobota, 24 maja 2008
Lubię (pozornie) nudne zestawy, lubię też (pozornie) nudne kolory - takie jak ten beż z kolekcji Calvina Kleina (resort 2009!). I lubię, gdy tę (pozorną) nudę się właśnie taką (pozornie) nudną zostawi, pozwalając ujawnić się jej pozorności. Wtedy dopiero okazuje się, że niby jest nudno, ale są też plisy, faktury, zakładki, asymetryczne ramiączko, organiczne inspiracje (dalekie jednak od typowego stylu safari). Niezbyt dramatyczne, ale może właśnie dlatego interesujące.

ck-plisy
^Calvin Klein, Resort 2009, zdjęcia z www.style.com
sobota, 17 maja 2008

Film Trembled Blossoms (Prada + CocoRosie czyli rozedrgana nadmiarem wzorów kobiecość w niebezpiecznej bliskości z naturą) wprowadził mnie w nastrój iście romantyczny i przypomniał Świteziankę pląsającą po srebrnym jeziorze przy świetle księżyca:)

[...]
^Miały być trzy spódnice o wiadomej długości i szerokości, ale jedna nie chciała przemówić (tzn. ja nie potrafiłam jej do tego przekonać), więc na ostatnim zdjęciu zamiast ukwieconej spódnicy jest koszulka o wdzięku świteziowo-księżycowym.

piątek, 09 maja 2008
Wydłużona dzięki rurkom i obcasom sylwetka – niby działa, ale w gruncie rzeczy jest raczej bezlitosna dla tych o ciałach nie dość wysokich czy nie dość zgrabnych. Problem leży chyba w tym, że obcasy powinny być tu zupełnie niepotrzebne, stąd bierze się pewna swoboda, rockowy luz tej sylwetki. Kiedy więc sama tego próbuję, czuję że ten brak swobody – bez obcasów to nie byłoby to samo – jakoś za bardzo mnie odsłania: wyglądam dobrze, ale też tak, jakbym chciała wyglądać dobrze, a to już nie jest takie dobre…  
 

^Próbowałam zagrać trochę niekonwencjonalnymi białymi bluzkami - ozdobne falbanki i kołnierzyki dają efekt mocno zaznaczonych ramion, więc może paradoksalnie dzięki nim jest trochę ostrzej, ostatnie zdjęcie jednak skutecznie obnaża mój brak swobody (tzn. umiejętności pozowania;). Co do bluzek - nie piszę skąd pochodzą, bo szczerze mówiąc nie mam pojęcia, skąd się wzięły w mojej szafie – chyba były tam od zawsze.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15

Creative Commons License
Zamieszczone na Autoutopii teksty i zdjęcia mojego autorstwa (czyli te bez wskazanego innego autora/źródła) są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa- Użycie niekomercyjne 2.5 Polska