|
niedziela, 24 kwietnia 2011
Moje "out of fashion" polega na tym, że coraz mniej mnie moda obchodzi, co oczywiście nie oznacza, że: a) udaje mi się mody uniknąć, b) moda w ogóle mnie nie obchodzi. Z ciekawością przypatruję się zatem minimalizmowi, który zawładnął modą za sprawą pani Philo, ale też minimalizmowi inaczej pojmowanemu - minimalizmowi konsumpcyjnemu, który właściwie też w pewnym sensie stał się "modny". W Zarze sprzedaje nam się więc minimalistyczną "klasykę", w publikacjach o modzie pojawiają się głosy na temat samoograniczania konsumpcji. To takie modne (alternatywne?) narracje na trudne czasy, ale prawda (to co konkretne, nasze doświadczenie mody i doświadczenie rzeczy, jakimi przecież są ubrania) jak zawsze leży pośrodku. Nie ma jednej "obiektywnej" klasyki, nie ma niezawodnych, wiecznych i doskonałych rzeczy. Oba te projekty (poszukiwanie ubrań doskonałych, poszukiwanie idealnie do naszego stylu życia dobranego zestawu ubrań) skutkują przypisaniem modzie i ubraniom mocy sprawczej, której z perspektywy konsumenta nie powinny (i nie muszą) mieć. Wydaje się, że w kontekście mody (tak jak i w innych "kontekstach") wystarczyłoby zaś, żeby po prostu być, oczywiście "uważnie" i etycznie.
piątek, 18 lutego 2011
Jednym z aspektów kupowania ubrań, a raczej aspektów tego, czego chcemy doświadczać kupując ubrania (a zarazem aspektem, który dosyć dobrze obrazują tzw. blogi szafiarskie) jest przekonanie że kupowanie powinno być czymś więcej niż "tylko" kupowaniem. Nie wiemy do końca, czym kupowanie powinno być: ciężką pracą czy (prawie?) sztuką, ale najważniejsze, że zamiast po prostu kupować: odkrywamy, znajdujemy, polujemy itp. Wyprzedaże, pozbawiając nas wygody kupowania, zapewniają konsumpcyjne wyzwanie, którego tak potrzebujemy... Ale wyprzedaże (w szczególności wyprzedaże fast fashion) to też taki dziwny moment, kiedy sprzedający (producent ubrania) mówi nam: przyznaję się, teraz (a może tak naprawdę?) to ubranie jest warte dużo mniej, niż wcześniej twierdziłem, a może nawet nic już nie jest (dla mnie) warte... I wtedy nagle okazuje się, że - zamiast kupować - przygarniamy te biedne, sponiewierane rzeczy, żeby znów były coś (dla kogoś) warte.*
niedziela, 30 stycznia 2011
Lakier do paznokci z wpisu poprzedzającego poprzedni wpis to w istocie tylko pretekst do myślenia (o sobie) w kategoriach mody. Pretekst wyjątkowy, bo istniejący tylko i wyłącznie w celach dekoracyjnych. Lakier do paznokci to zawsze w jakimś sensie za dużo, czego nie można powiedzieć o ubraniach, których może być nawet za mało;). A ja - mimo że noszę ubrania - nie noszę już mody i właściwie mi jej nie brakuje. Moda wisi w szafie i na wieszaku, czeka na ten właściwy moment (którego nie będzie?), na mnie są tylko ubrania. Niemodne ubrania? Niekoniecznie. Raczej nie-modne ubrania, takie które pozwalają po prostu być i żyć nie myśląc o nich. Zdałam sobie sprawę, że są rzeczy (ubrania), które człowieka (mnie) przerastają. Ubrania, do których nie dorosłam i nie wiem czy kiedykolwiek dorosnę. Z drugiej strony - kupiłam je, bo w jakimś sensie do mnie pasują i kiedy widzę je w swojej szafie, widzę nie tyle konsumpcyjną porażkę, co niezrealizowane możliwości, perspektywy rozwoju. Kupiłam te ubrania dla potencjalnej siebie, a na razie wystarcza mi świadomość, że ich "oswojenie" jest w granicach moich możliwości.
niedziela, 02 stycznia 2011
Potrzeba warstwowej czerwieni zilustrowana powyżej powstała w moim przypadku po obejrzeniu tej kolekcji poprzedniej (!) jesieni i jakoś ciągle nie mogę o tej czerwieni zapomnieć. Połączenie kilku odcieni czerwieni, szczególnie odcieni wpadających w cieplejsze jeszcze (niż czerwień) kolory: brązowy/bordowy/pomarańczowy sprawia, że czerwień przestaje wydawać się agresywna, zamiast konotować (tanią?) zmysłowość, staje się romantyczna i (pozornie?) delikatna.
niedziela, 26 grudnia 2010
Szukam idealnego odcienia burej szarości, ale ciągle jeszcze go nie znalazłam. Kupuję kolejne szarobure lakiery do paznokci, a przecież właściwie nie lubię czuć tej dodatkowej warstwy lakieru na paznokciach... Czy coś się zmieni, jeżeli ta warstwa będzie miała idealny (albo prawie idealny) kolor? Czy idealny odcień nie będzie mnie już uwierał? Czy przestanie być czymś obcym? Chciałabym tylko żeby zrekompensował mi tę nieuniknioną obcość jakimś tajemniczym dopasowaniem, które sprawi że z tym właśnie odcieniem lakieru na paznokciach będę się czuła bardziej sobą, albo lepiej sobą, albo po prostu dalej sobą, chociaż z lakierem na paznokciach, a więc nie tylko sobą.
poniedziałek, 06 lipca 2009
że coraz trudniej być niemodnym i coraz łatwiej być modnym, że moda stała się oczywista, ale właśnie zorientowałam się, że (przynajmniej innymi słowami) napisałam to w poprzednim wpisie;). Napiszę więc tylko, że spośród kolekcji resort 2010 debiut/powrót Phoebe Philo dla Celine wydał mi się ciekawy (i to nie tylko dlatego, że chodzi właśnie o debiut/powrót Phoebe Philo:) ale też dlatego, że udało jej się osiągnąć pewną nieoczywistość tej jakże modnej ostatnio minimalistycznej geometrii. "Nieoczywistość" rozumianą jako subtelność myślenia o designie, ale też jako pewne zdystansowanie do tego, co jest (modne) tu i teraz. Sama coraz częściej kieruję się tak rozumianą "dyrektywą nieoczywistości" w swoich wyborach konsumpcyjnych, coraz częściej rezygnuję z pewnych ubrań, sposobów stylizacji, trendów, bo wydają mi się po prostu zbyt oczywiste - nie zostawiają miejsca na kluczowe dla Autoutopii złudzenie, że w swoich ubraniach jestem bardziej sobą, niż modą.
niedziela, 17 maja 2009
Coraz trudniej znaleźć coś Nowego. Wszystko, co nowe (w sensie: jeszcze przeze mnie z różnych powodów nie wypróbowane) wydaje się być tak mocno osadzone w teraźniejszości, tak mocno wyeksploatowane, że nie mogę nawet marzyć o powiewie Nowości. A w modzie zawsze fascynowało mnie właśnie to poszukiwanie Nowości jako czegoś jeszcze niepewnego, nie do końca odkrytego. Nie chcę nowości, która naznacza; nie chcę jakiegoś najnowszego trendu, który już od swego zarania jest obficie udokumentowany na blogach i zgrabnie wywieszony na wieszakach w Zarze. Gdzieś tu jest granica pomiędzy nowością, która przytłacza, a Nowością, która uskrzydla;). Jeśli chodzi o tę ostatnią Nowość, muszę napisać o kolekcji Driesa Van Notena na jesień i zimię 2009, która od początku wydała mi swoistym wyzwaniem kolorystycznym. To nie jest kolekcja do zakochania się (przynajmniej w stylizacji z pokazu), połączenia kolorystyczne są nieoczywiste (Nowe?), niepokojące, prawie drażniące nawet - i nic dziwnego, gdy weźmiemy pod uwagę inspirację. Mój własny zestaw oczywiście nie może się równać, ale niech przynajmniej stanowi dowód, że spróbowałam czegoś Nowego (i jakże sprawnie wydestylowałam kolory):
wtorek, 24 lutego 2009
czwartek, 05 lutego 2009
W poprzednim wpisie nie wytłumaczyłam się z tego, dlaczego właściwie ten męski Lanvin tak do mnie przemówił, i czemu po kobiecemu, tym bardziej że przecież sam projektant twierdzi, że kolekcja jest romantyczna, ale nie kobieca.
środa, 28 stycznia 2009
był sobie taki blog, który nazywał się Autoutopia. Potem przez kilka miesięcy blog ten bardziej nie był niż był, a teraz wyłania się na chwilę z tego dziwnego stanu pomiędzy bytem a nie-bytem, żebym mogła napisać, że męska kolekcja Lanvin jest dla mnie wystarczająco kobieca: |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Adres mailowy
Current music
Moda
|